niedziela, 4 stycznia 2015

Szczęśliwy Nowy...

Rzym. W odbiorniku TV ludzie stoją tłumnie i patrzą w niebo. W rozpiętych kurtkach albo bez, nie mają okryć na swoich głowach. Niektórzy w okularach przeciwsłonecznych, ale ci mogą mieć coś z oczami aniżeli mieliby ukrywać się przed palącym słońcem. 
Im dalej na południe, tym z okna pociągu widać coraz więcej kościołów. Spójrz, jaki ładny kościół! Ten z czerwonej cegły zbudowali Niemcy, a ten z wieżami jak klocki zbudowali architekci francuscy, którzy jednej z polskich wsi zapragnęli sprezentować namiastkę Notre Dame. I jeszcze ten kościół z kulą na szczycie, czy widzisz, o tam, tam, zaraz wyjdzie zza górki, a teraz zasłoniła go jakaś fabryka, no nic...
Wysiadamy z pociągu nim ten zniknie za granicą. Jesteśmy w Polsce, ale naprawdę blisko, bardzo blisko Rzymu. Czuć to zresztą na każdym kroku. Oto przecież karmią i poją nas dobrzy ludzie pod swoimi dachami. Po kilka razy na dzień spełniamy kielichy czegoś nowego, a o poranku nie słychać echa wczoraju. 
I to powietrze, w którym czujemy się jak w akwarium z wodą islandzkich gejzerów. Przeglądamy się w toniach błękitów, a gdy już się sobie znudzimy, boso przechadzamy się po rozgrzanych do czerwoności kamieniach.
W takim kontekście niepostrzeżenie zmienia się data, reszta zaś pozostaje dobra i tak samo smakowita jak dawniej. I jeszcze ta szybka kolej, która punktualnie odwozi nas do naszych łóżek, szepcze, że dziękuje za wspólną podróż i życzy dobrej nocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz